litost logo
olszkaprodflavio.png
PRZYPADKOWYDZIEN.png

       Był przypadkowy dzień grudnia roku 2001. Półpłynny śnieg, w towarzystwie wiatru prószył w porowatą twarz Polski B. Najwierniejszą sąsiadką miasta wojewódzkiego Olsztyn, była Ostróda, mieszcząca czterdzieści tysięcy mieszkańców. Zaś w najbliższych latach wahaniom temperatur towarzyszył niż demograficzny, przez co dziś wiercimy się nerwowo na granicy 38 tysięcy zziębniętych figur. 

       Lokalizacja i czas sprzyjały poszukiwaniom, które zaczęliśmy tej zimy. Wykorzystując postęp samoświadomości i miarowo malejące zainteresowanie nami, ze strony naszych rodziców. Kurwiliśmy na śnieg, temperaturę i trzeźwość. Talent do rozganiania granic legalności swoich działań, który ujawnił się u mojego ojca już na początku lat 90-tych, sprawiał, że jako jedyny w towarzystwie miałem portfel. Jak się później okazało byłem pierwszą inwestycją wcieloną w życie, przez przedsiębiorcze myśli kiełkujące w głowach moich towarzyszy. Obrotność mojego starego była dymem w tle naszych wypraw, którymi dowodziłem, głownie z powodu zawartości wspomnianego portfela. 

      Ojciec siedział w skórzanym fotelu, obserwując szare kółka którymi miarowo wypełniał salon. Mocząc wąsy w szklance z piwem Beck’s spod zmrużonych powiek oglądał film z nieodjebywalnym Stevenem Seagalem. Nieświadomie pochrząkując rytmicznie jak dobrze wybiegany prosiak. Mimo, że w dziedzinie zachachmętu dorobił się kolosalnych sum i wybitnych osiągnięć, w jego nalanym cielsku nieustanie tkwiła jakaś wątpliwość. Przez którą nie potrafił przychylnie spojrzeć na siebie i to czego dokonał. I ja tak samo mam do dziś. Nigdy nie mieliśmy dobrych relacji. Dlatego też większość czasu spędzałem w małym pokoju na poddaszu.

 

     Tak też tu palę kiepki w oknie, gdy do Ciebie piszę. Od rana czułem, że coś wisi w powietrzu. Z każdą kolejną godziną byłem coraz bardziej zmęczony ciągnącym się od wczoraj popołudniem.  Zerwałem się z miejsca gdy nagle usłyszałem w rogu pokoju brzęczenie wibrującej Nokii. – Nikt nie lubi telefonów w nocy… – Pomyślałem trafiając na zieloną słuchawkę i ostatni przychodzący sygnał. 

    W słuchawce usłyszałem mojego przyjaciela Michała, który z nie pasującym do niego entuzjazmem krzyczał, że otrzymał wizę i za 2 tygodnie leci do Stanów. Pogratulowałem mu, choć szczerze nie podzielam tego rodzaju zachwytu. Z perspektywy czasu nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego pozwolenie na zrywanie azbestu tylu ludzi w tym kraju potraktowało jak przepustkę do raju. Mimo różnic w nie do końca jasnych poglądach, zawsze byliśmy zgodni co do przyjęcia na łeb jakiejś fazy. Triumf na tu i teraz! 

    Umówiliśmy się więc o północy przy osiedlowym sklepie Frykas. Michał zapewnił mnie, że ma sporą kostkę „najlepszego Afgana mordo” oraz coś specjalnego i że resztę opowie mi na miejscu.

     

   Założyłem szerokie jeansy marki Fubu, dresową kurtkę Fishbone i ubabrane zaschniętym błotem białe adidasy. Ruszyłem w stronę tarasu zapalić papierosa. Gdyby tego dnia odwrócić do góry nogami symbole i proporcje w tym czego oczekiwałem od nadchodzącego wieczoru, to w odbiciu szyby zobaczyłbym zamiast siebie Isaaca Hayesa z nosem ubabranym w koksie.

niedoczekanie.png

       Dobiegała 23:30. Zza uchylonych drzwi tarasu mechanicznie przerzucałem kanały telewizyjne, zafoliowanym pilotem  Zatrzymałem się na powtórce walki Andrzeja Gołoty z Mikiem Tysonem. Widziałem jak się skończy więc spokojnie po raz kolejny obejrzałem spektakularną ucieczkę polskiego pięściarza. Tivik bez fonii, bo kaseciak w rogu pokoju cicho grał Massive Attack. Trochę jednak brakowało tych pierwszych emocji, kiedy to wstawaliśmy w środku nocy by popatrzeć jak Andrzej oprawia kolejnych przeciwników. Zbiegłem na dół. Ojciec spał w fotelu. Dzięki czemu uniknąłem tłumaczeń i zyskałem puszkę Beck’sa, która jeszcze zimna stała na stole.

       Frykas mieścił się na przeciwko mojego mieszkania. Podekscytowany Michał już czekał stąpając w kółku z nogi na nogę. Powiedział, że skoro okazja jest specjalna i może już nigdy więcej się nie zobaczymy. To oprócz Afgana, wziął ze sobą sztukę białka. (Nigdy nie wiedzieliśmy czy jest to amfetamina, meta czy jeszcze coś innego).

Jednak na początku millenium w małym mieście. W naszych zjaranych głowach nastolatków, każda nowa używka, była jak pstrokato zapakowany cukierek, prezent od wujka z dalekiego kraju gdzie cały rok jest lato.

     Była sobota, środek nocy, po kilku minutowej rozmowie byliśmy cali oprószeni śniegiem. Zgodnie stwierdziliśmy ruszyć do nocnego klubu Ritmo. Jestem pewien, że dziś to miejsce nie miałoby racji bytu. Klub mieścił się na starym poniemieckim cmentarzu. Był dwupiętrową blaszaną budą. Co weekend wypełnianą przez głodnych adrenaliny małolatów takich jak my.  Na parterze rap na piętrze techenko. 

      Skróciliśmy sobie drogę przez piaszczyste boisko starej szkoły, szybkim krokiem przecięliśmy cmentarz i już byliśmy przed zardzewiałymi drzwiami mekki ścierwa rozrywek tamtych czasów. Ochroniarz nie zwracał uwagi na wiek, buty, ani na to co wnosimy ze sobą, co pewnie doprowadziło do szeregu dziwnych, niewyjaśnionych zdarzeń do których przez lata dochodziło na terenie Ritmo. O tym opowiem Ci później. Mimo środka nocy klub był wypełniony po brzegi. Ruszyliśmy do kibli na pierwszym piętrze. Gdzie zazwyczaj można było spotkać kogoś znajomego. Przeciskając się przez tłum pijanych ludzi, którzy praktycznie wszyscy znali się „z widzenia”, ale rzadko uśmiechali się do siebie. Dotarliśmy do pustej kabiny. Michał na paczkę od papierosów Golden American wysypał z foli biały proszek. Kartą telefoniczną uformował dwie równe kreski. Podałem mu zwinięte dziesięć złotych, a on ruszył na przyjęcie pożegnalne Polski. Idę jego śladami jak do sklepu muzycznego „Grześ”, po pierwszą kasetę Massive Attack. Ma ssive Att ack. Ma ssive Atttt....

 

    Wszystko co działo się później wyglądało jak w filmie na video przyspieszonym dwukrotnie. Biegaliśmy po cały klubie wymieniając bełkot z przypadkowymi ludźmi, paląc papieros za papierosem. Ktoś zaczął się szarpać, ktoś podał nam butelkę wódki, spod klubu uciekliśmy zapalić nad jezioro. Chyba ktoś z górki cmentarza zbiegał do szarpiących się ludzi z siekierą w ręku. Później pamiętam już tylko jak próbowałem otworzyć drzwi od mieszkania i Michała stojącego bez koszulki na środku ulicy krzyczącego w niebo: ROZSADZA MI ŁEB! ROZSADZA MI KURWA ŁEB!

Ten świat jest fikcją

ja w nim w pierwszej osobie

ludzie to maszyny

kiedy problem to proszek.

 

Miejsce akcji: lata DWA TYSIĄCE

wrzucamy co popadnie,

patrz przed siebie,

później się odpocznie.

 

Czemu amplua wygląda za wąsko,

my skuci na osiedlu jak lodem Oslo.

Tłumaczyć będziemy się kiedyś żonom.

Jak na razie potykam się o dorosłość.

 

Palcem po kalendarzu,

luźno trafiam w piątek.

Takie zwyczaje mamy,

zwykle montujemy bombę

 

Rezydenci osiedli niezmiennie siedzą na ławkach.

Jak pierwszy Massive Attack w odtwarzaczach

 

 

każdy z nas ma w sobie socjopatę 

jednak nie mieszkamy już w jednej klatce.

 

STOP.

meta.png

     Uważam, że decyzja, którą podjąłem była jedną z najgorszych w życiu. Pewnie dlatego, że funkcjonuje do dziś na zasadzie umowy na czas nieokreślony. Choć od tamtego dnia minęło już prawie 10 lat. Wielokrotnie starałem się złożyć wymówienie, ale za każdym razem mniej więcej po okresie przypominającym zwolnienie lekarskie, wracałem do brania tego gówna, do którego Pan Bóg nawet nie przyłożył ręki. Wszystkiemu był winny człowiek. Ja.

Jeśli oswajasz złe nawyki czas staje się linearny. Jeżeli znam się na nałogach, a Ty wyczuwasz w tym jakąś nadwrażliwość to możesz być pewien, że przypadkowym dzień roku 2001 nigdy nie dobiegł końca. A na początku wąskiego korytarza w którym przyszło nam spotkać się po latach nie widać jeszcze nadchodzącej puenty.

Nie chcę już mieć świata w nosie, nie chcę doznania pakować w plastikowe worki. 

 

Podjąłem decyzję: WYPIERDALAM NA INNY KONTYNENT WYOBRAŹNI.

 

Będę pisał, się odzywał, migotał kolorowym światłem, dłońmi dawał znaki.

LITOST POLSKA

UREC ©2020

metka.png